Jesteśmy. Na czele ks. Zalewski, flagi i my czwórkami. Bo tak trzeba. Tak należy, tak czujemy. Bez słowa.
Tylko nieme wysokie drzewa i ta ziemia, która pamięta. Przechodzimy przez bramę. Otula nas mokra mgła. Z zachodu napływają ciemne chmury. Przerażająca cisza. Artur biegnie z powrotem. Wrócił z komżą.